Justyna Słupska - Kartaczowska Moja przygoda z kuchnią
zaczęła się w dniu, kiedy pracując na planie jako charakteryzatorka,
stwierdziłam, że chcę robić w życiu coś, co naprawdę
kocham. Coś, co pochłania tak, że czas przestaje istnieć. Zresztą
wtedy, po ukończeniu szkoły charakteryzacji filmowej w Paryżu, czułam,
że mogę przenosić góry. Dziś wiem, że w tamtej dziedzinie mogłam
zostać dobrym rzemieślnikiem, ale nie artystką.
Kuchnia pociągała mnie zawsze.
Właśnie jako sztuka – nieogarnięta i nieskończona. Zabawne,
że skończone wydawało mi się malarstwo; już podczas studiów na
historii sztuki zastanawiało mnie, co można namalować po Malewiczu
i jego „Czarnym kwadracie na białym tle”. A w kuchni? Tu można
wszystko. Można tworzyć talerze jak dzieła sztuki. Smaki są jak
kolory, które każdy odbiera inaczej. I tyle tych kolorów jest jeszcze
do odkrycia.
Uprawiam moją sztukę,
wykorzystując warsztat zdobyty głównie poza granicami kraju, w restauracjach
z gwiazdkami Michelin, które były szkołą absolutnej dyscypliny i
totalnego podporządkowania kuchni. Ta szkoła kosztowała mnie bardzo
dużo. Nie, nie pieniędzy. Wyrzeczeń. Ale to z nich wyrasta moja dzisiejsza
wizja gotowania. Mój szef w Cannes, Christian Sinicropi, któremu zawdzięczam
najwięcej, bo to on tak naprawdę odkrył przede mną mój potencjał,
powtarzał mi nieustannie, że trzeba dużo pokory, żeby zaistnieć
i być wielkim.
Wielkość zawsze idzie w parze
z prostotą. Rzeczy proste są genialne. Rzeczy genialne są
proste. Dlatego najbardziej smakuje mi chleb z czarnym pieprzem i masłem
z fleur de sel, no może jeszcze z... fois gras i cienkim plasterkiem
czarnej trufli (nic na to nie poradzę).
A oprócz tego: spaghetti aglio
olio i ostrygi z octem ze starego czerwonego wina i drobno posiekaną
szalotką.
Tylko w kuchni żyję, reszta
to czekanie. Nie czekajmy więc, zapraszam do mojej kuchni.