SINGIEL W TOKYO ciąg dalszy
Relez
8/11
Przypuszczam, że dzisiaj był 8/11. Po kolejnej nocy z opaską na oczach obudziłem się w wyjątkowo podłej kondycji, oblany potem, czułem się jak po przedawkowaniu wszelkich używek. Wiedziałem, że tym razem jeszcze nie zejdę śmiertelnie, ale poranek postawił mi przed oczami całe moje życie. Postanowiłem się oszczędzać. Pogoda była fantastyczna: bezchmurne niebo, słońce, piękny, jesienny dzień. Nie przeforsowałem się: poszedłem do parku Shinjuku Gyoen. Zachwycający. Najładniejsza jest część z ogrodem japońskim. Wracałem tam ze cztery razy: mostki, karłowate japońskie sosny, wielorybie karpie, urokliwe miejsce. Potem obiad w japońskiej knajpie, faux pas z makaronem, który zamiast wrzucić do zupy rozpracowywałem pałeczkami. Musiało to wzbudzić zaniepokojenie, bo podszedł do mnie kucharz i wytłumaczył mi barwnie i wyczerpująco po angielsku: ” de nudel is for de sup”, Po czym zdematerializował się równie niezauważalnie, jak przed chwilą zmaterializował. Wieczorem kolejny sukces – znalazłem knajpę z europejczykami.
9/11
Znowu 25 stopni, upał , ale bardzo przyjazny, spać poszedłem po 4, po obejrzeniu w TV horroru, przypuszczam, ze któregoś z serii „Oszukać przeznaczenie”. Jednak mimo to nie straciłem dnia, obudziłem się o 11 i w miasto. Najpierw Shinjuku skyscrapers, potem Kabuki-cho, śniadanie o 13 w pubie z jeżdżącymi talerzykami. Na taśmie. Oczywiście krewetki, właściwie krewety i surowy tuńczyk. Potem Information Center - ustalenie szczegółów wypadu do Nikko, po drodze problem z kubkiem po kawie wziętej przez uwagę na wynos, bo tak jak oznakowania ulic, tak i koszy - śmiertelnie brak. Po południu jazda do Keno. Park taki jakiś zaniedbany, zakupione pierwsze prezenty i czapka HIT! Kolacja w spokojnej restauracji na 2nd floor, z menu wybrałem zupę. Dostałem ją z całą zawartością oceanu
A-ha – Japończycy wszędzie śpią: w metrze – normalka, ale nawet w Mc Donald’s. Śpiący naród. Ci , co nie śpią, patrzą w ekrany rozkładanych telefonów. Byłem na bazarze w Keno nazywa się „Ayamec…” coś tam. Targ rybny – przeróżne wyłowki z morskiej toni, niektóre wstrętne jak baba jaga. W metrze uczniowie dźwigają torby podróżne, granatowe, zaciskają poobgryzane paluszki, girls są w mini plisowanych spódniczkach a’la marynarskich topach, chłopcy w za dużych garniturach z fruwającymi krawatami. Czyta się też książeczki, maleńkie, ze znaczkami z góry w dół. A-ha : w Keno jest zoo z pandą, która bawi się zsuwając po drabince w dół; wiem, bo pokazywali w TV. Do zoo nie chadzam.
W świątyniach modlący się ludzie najpierw walą w „dzwon”, potem wrzucają 100 yenów w pudło, klaszczą raz albo dwa, albo trzy, albo nie umiem liczyć, kłaniają się ze dwa razy i do domu. A u nas? Trzy godziny w wielki piątek, na stojąco.
Chciałem sobie kupić ciuchy, fajne są, ale wszystko jak z młodszego brata, patrzą na mnie sprzedawcy, jakby chcieli doradzić: facet idź do sklepu dla puszystych!!!
12/11
To była straszna noc. Ze zmęczenia nie mogłem spać. Całe łóżko: poduszki, kołdra, prześcieradło zwinięte w kłąb w rogu . A wszystko po wczorajszej wyprawie do Nikko. Pobudka o 6.30, piorunem na dworzec, po drodze w Mc Donald’s coś w locie chwycone. Bez okularów, myślałem że zgubiłem, a miałem na nosie. Shinjuku, odjazd 7:24 Utsunomiya Line 4 – przesiadka w Utsunomiya, w Nikko Line 9:58 . Nikko 10:48 - 1890 jenów. Jazdy ponad 3 godziny. Mała mieścinka ze stacją. Wygląda, jak standardowe uzdrowisko w górach w Europie. Wsiadam do busu, nie wiem skąd wziąc bilet. Pani turystka z Ameryki tłumaczy mi, że zapłacę wysiadając. Pokaże się suma na tablicy. ‘It’s easy”. Jakoś sobie wyliczę. Po piątym przystanku jazdy w japońskie Alpy znudziło mi się więc wysiadłem. 430 jenów. Schodzę tą samą trasą w dół. Drogowskaz: Jekko fall. Idę zobaczyć wodospad. Na pewno wielka atrakcja!!! Znów pod górę. Co mnie, cholera, podkusiło. Sam jeden tam idę, zobaczyć Jekko Fall. Co to jest? Na szlaku nikogo. Przejechał samochód osobowy z dwojgiem ludzi. Potem spotkałem ich roześmianych przy wodospadzie. Mnie nie było do śmiechu.
No ale potem orgia dla oczu. Przepiękne chramy. I jeszcze schodami na najwyższy punkt - grobowiec. Wtedy kolana odmówiły mi współpracy. Pomyślałem , biorę taksówkę do Tokio. Sprzedam mieszkanie, by za nią zapłacić, ale nie idę już ani kroku. Do kolejki doczłapałem na prostych nogach.W drodze powrotnej atrakcja w postaci urzędnika na siedzeniu naprzeciw: mp3 podłączone do mózgu, ładne buty, świetny garnitur. Można by go wysadzić, obfotografowac i zamieścić w każdej reklamie wszystkiego. Sprzedałoby się na siur! Ale nagle zaczęło się dziać z nim coś dziwnego: pod moim oceniającym wzrokiem zaczął się topić i spłynął po oparciu ku podłodze, wykrzywiony jak zegar u Daliego i tak zawisł w połowie drogi z góry na dół. A mówili mi, by się nie wpatrywać w Japończyków, bo nie akceptują. Ale żeby aż tak?
No a po przyjeździe masakra, trząsłem się z zimna, zmęczony śmiertelnie, potem dreszczyk emocji, gdy w sklepie nie zadziałała karta visa, właściwie to był dreszczowiec. I tak minęło święto niepodległości 11/11. A dziś, 12/11, relaks – lekcja rysunku w parku z emerytami, którzy malują wszędzie, z reguły „Cuda natury”, potem poszukiwanie bankomatu, kąpiel, wyjście do pubu.
No nie!!! W TV puścili reklamę z muzyką „szła dzieweczka do laseczka”, tzn.: tylko refren „gdzie jest ta ulica, gdzie jest ten dom ” z japońskim tekstem: „la lala la lla lala la la la la” !!! impossible No tak , w czasie ostatniego trzęsienia był tu Śląsk, albo Mazowsze.
W tutejszych sitkomach, których odcinki trwają cały wieczór dużo się leje łez. Są to łzy płci w przewadze żeńskiej, ale bywa, że męskiej. I wszystkie płyną z mangowych, ogromnych wulkaniczno-czarnych oczu.
14/11
No to na tym kończymy trip to the Future. Właśnie wróciłem po raz drugi z researchu po Shinjuku ni-chrome – odpicowany w nowozakupione ciuchy. Dzień minął na zakupach, od rana. W Kabuki-cho dziś porozkładali stragany z mątwami, szaszłykami i makaronem. Spróbowałem ośmiornicy w cieście i szaszłyka.
W sklepie wszystko było dla mnie za małe. Sprzedawczynie buch na kolana i rozwiązują i zawiązują mi buty. Sprzedawcy, wzdychając, wciskaja mi na plecy płaszcze z kolekcji dla przedszkolaków, mają chyba nadzieję, zę się skurczę. Polejcie mnie woda, może się zbiegnę! W końcu poddając się i przyglądając sie mi, jaki dopiero dostrzegli moje gabaryty, rzekli „nice body”, i choc płaszcza mi nie dopasowali, to sprzedali buty. Na koniec dostałem ich wizytówki - na pewno mi się przydadzą. Odprowadzany do wyjścia, byłem już zdecydowany, że muszę znaleźć sklep dla wielkoludów i coś kupic. Udało się w GAP-ie.
Po południu chyba dwugodzinna pogawędka z japońsko-arabsko-brazylijskim obieżyświatem. Ma imię, na pewno, ale nie pamiętam jak (Rousiz? Ruiz?). Mówi płynnie po japońsku, arabsku, portugalsku i włosku; ja po polsku, niemiecku, niderlandzku, angielsku i rosyjsku.. Przydałby się ktoś mówiący w suahili i znający sanskryt; totał byłby ekstremalny. Długo musimy ustalać, o czym mówimy. Już wiem, że jego matka byłą Japonką, ojciec Brazylijczykiem, emigrantem z Maghrebu, dziadkowie byli więc arabami. Stąd ta uroda: wygląda ja Sindbad z kreskówki: japoński arab z Brazylii. Po każdej wyczerpującej kwestii bolą ręce i oczy, które muszą wyłapać każdy niuans mowy ciała. Zdaje mi się, że wiem już o nim wszystko, a może opowiadał o kosmosie? Jakby to ujął Dario Fo: „Czas z nim minął, jak w odrzutowcu”.
|